Nabożeństwa

Święta Liturgia
 
CODZIENNIE - 9.00 - dolna cerkiew
 
NIEDZIELA
7:00  - górna cerkiew
 
8:30 -  dolna cerkiew
(nabożeństwo dla dzieci i młodzieży)
 
10.00 - górna cerkiew

Modlitwa za dusze zmarłych

PONIEDZIAŁEK - SOBOTA  9:00
 

Akatysty

ŚRODA 17:00
 
W dni powszednie cerkiew jest dostępna (otwarta) dla wiernych w godzinach 8.30-18.00

Pobierz kalendarium


Zobacz kalendarz prawosławny

Opowieść o Cerkwi Słowiańskiej (3). Państwo Wielkomorawskie

26.09.2020

Czy wczesnośredniowieczna Europa środkowa była chrześcijańska? Nie była. Choć wielu się starało by nią została, z tym, że nie o Boga niestety im chodziło. Chrześcijański był zachód Europy, który z czasem dostał się całkowicie w ręce Franków, jak wówczas dzisiejszych Niemców zwano, którzy z czasem podbili i południe. Napierali więc na środek Europy ile tylko mogli, ukrywając swoje najeźdźcze plany pod płaszczykiem szerzenia religii jedynego Boga. Bo Słowianie religijnymi oczywiście byli, tyle, że wierzyli w bogów różnych i co ciekawe, coraz rzadziej w siły przyrody, dojrzewali bowiem do pojęcia Boga duchowego. Dlaczego więc, można zapytać, tak bardzo bronili się przed Bogiem chrześcijańskim? Otóż nie przed nim się bronili, a przed tymi, którym służył On za przykrywkę swoich działań. Bo, mówiąc bez ogródek, ówczesny łaciński zachód parł na wschód dla jak najbardziej ziemskich korzyści i jeśli komu na religii naprawdę tam zależało, to był w zdecydowanej, mniejszości. Próbowano więc chrzcić Słowian przysłowiowym ogniem i mieczem, przed czym ci ostatni zawzięcie i skutecznie się bronili, nienawidząc okupantów coraz bardziej.

I wtedy, w dziewiątym wieku, wyrosło w Europie państwo, które za czasów Mojmira już się liczyło, za Rościsława stało się znaczącym, a za Świętopełka na regionalną potęgę wyrosło. W końcu nie z niczego przydomek „Wielki” Świętopełk dostał. Chodzi tu o Wielkie Morawy lub Państwo Wielkomorawskie. W szczytowym okresie swego rozwoju, obejmowało ono potężny kawał centralnej, słowiańskiej dodajmy bo to ważne, Europy, obejmując swymi granicami, nie bawiąc się w drobiazgi, obecne: Czechy, zachodnią Słowację, zachodnie Węgry oraz, co dla nas najistotniejsze, całą południową Polskę, czyli Małopolskę oraz obydwa Śląski. Zupełnie możliwe, że jeszcze więcej ziem naszych, ale to w tym momencie nie jest najistotniejsze.

Ważne bowiem jest to, że władcy tego państwa doskonale zdawali sobie sprawę, że chcąc przetrwać, muszą się oprzeć na jakiejś potędze. I w grę wchodziła tylko jedna alternatywa: albo łaciński, niemiecko-rzymski Zachód, albo grecko-prawosławne Bizancjum. Nietrudno zgadnąć, że nauczeni przykrymi doświadczeniami, bardziej skłaniali się ku wschodowi, choć wcale nie było to tak do końca oczywiste i często kluczyli ile mogli.

Bo pomiędzy bajki włożyć trzeba twierdzenia, iż średniowieczni władcy przyjmowali jakąś religię z powodów czysto duchowych, religijnych właśnie. Fajnie by było, ale było inaczej. Chrześcijaństwo bowiem, zawsze oferowało nowemu władcy obrzęd pomazania, co dawało takiemu właśnie „bożemu pomazańcowi” władzę od Boga pochodzącą, a to w tamtych czasach było argumentem mocnym niesłychanie. No bo przecież możesz negować władzę od ludzi wziętą, ale jak tu kłócić się z Bogiem? Tak więc wszyscy władcy Słowiańszczyzny chrześcijaństwo z powodów politycznych przyjęli, czego dowodem były częste zmiany wyznania, w zależności od koniunktury i korzyści, które mogły przynieść. Nie inaczej postąpi i Mieszko, pomimo, że jego chrzest w Gnieźnie nie z mroków pogaństwa go wyciągnie, jak do dziś oficjalnie w tym kraju się twierdzi, a jedynie zmianą wyznania będzie, ze słowiańskiego obrządku na łaciński. Ale to potem, sto lat później, a na razie wróćmy na Wielkie Morawy.

Przed przyjściem Apostołów Słowian chrześcijaństwo było tam znane. Ale nie dość, że ze swej mrocznej strony, to co najważniejsze, tylko wąziutkiej elicie najmożniejszych. Bo tylko oni znać mogli łacinę lub niemiecki, a takimi przecież wyłącznie językami zachodni misjonarze się posługiwali. Lud natomiast nic z owego gadania nie rozumiał, pomijając już nawet i ogień, i miecz. Słowiańskie słowo „niemiec” przecież, oznacza człowieka nie tyle niemego w naszym współczesnym rozumieniu, co takiego, którego nijak zrozumieć się nie da. I wtedy książę Rościsław, sprawujący władzę na Morawach, prosi Konstantynopol o misjonarzy oraz o regularną chrystianizację całego kraju. Czyli takie „2 w 1” - head & shoulders. I opieka cesarska niwelująca zakusy niemieckie, i chrystianizacja w jednym.

W takich właśnie okolicznościach, dojedzie do sytuacji, iż Konstantynopol czym prędzej zacznie poszukiwać ludzi, którzy by tę misję nie tylko przeprowadzili, ale co najważniejsze, nie zepsuli. Zdawano sobie bowiem na dworze cesarskim doskonale sprawę z tego, jak ogromne korzyści może przynieść ona cesarstwu i jak wielkie chrześcijaństwu. Zastanawiano się więc długo kogo posłać, aż wreszcie wybór padł na dwóch braci, którzy co prawda w Konstantynopolu zamieszkiwali, ale Słowianie nie byli im obcy, a przede wszystkim nie był im obcy słowiański język. Wiedziano bowiem doskonale, że misja powiedzie się tylko wtedy, gdy ludzie będą rozumieli co się do nich mówi. 

c.d.n.

Paweł Krysa

do góry

Prawosławna Parafia Św. Jana Klimaka na Woli w Warszawie

Created by SkyGroup.pl