Nabożeństwa

Święta Liturgia
 
CODZIENNIE - 9.00 - dolna cerkiew
 
NIEDZIELA
7:00  - górna cerkiew
 
8:30 -  dolna cerkiew
(nabożeństwo dla dzieci i młodzieży)
 
10.00 - górna cerkiew

Modlitwa za dusze zmarłych

PONIEDZIAŁEK - SOBOTA  9:00
 

Akatysty

ŚRODA 17:00
 
W dni powszednie cerkiew jest dostępna (otwarta) dla wiernych w godzinach 8.30-18.00

Pobierz kalendarium


Zobacz kalendarz prawosławny

Opowieść o Cerkwi Słowiańskiej (4). Sołuńscy Bracia.

19.10.2020

Na samym początku uściślijmy: Cyryl i Metody czy Konstantyn i Michał? Otóż i tak, i tak. Bracia urodzili się z początkiem dziewiątego wieku w Tesalonikach (dzisiejsze Saloniki), w rodzinie wysokiego urzędnika cesarskiego, jako Konstantyn i Michał. Ten drugi stosunkowo szybko obrał drogę mniszą, przyjmując nowe imię Metody i pod takim właśnie jest nam znany. Konstantyn z kolei, pomimo tego, że wstąpił do klasztoru, przyjął tylko święcenia niższego stopnia, imienia więc nie zmieniał. Całe życie przeżył więc jako Konstantyn, a Cyrylem został tuż przed śmiercią. Kanonizowani obaj zostali oczywiście już po śmierci, pod swymi nowymi, zakonnymi imionami, stąd znamy ich jako świętych Cyryla i Metodego. A dlaczego „bracia sołuńscy”? Ano dla tego, że Słowianie Saloniki Sołuniem zwali. Nietrudno też zgadnąć, że tam właśnie, bracia poznali i Słowian, i ich język, i obyczaje.

Metody dość szybko został doceniony w Konstantynopolu, obejmując stanowisko ihumena w jednym z monasterów nieodległej góry Olimp, która w ówczesnym czasie spełniała podobną rolę jak dziś Atos. Konstantyn zaś, ujawnił bardzo szybko wielkie zdolności filologiczne i lingwistyczne - był prawdziwym poliglotą. Szybko zauważył to patriarcha Focjusz, zabierając go na misję wśród Arabów, gdzie potwierdził owe umiejętności oraz łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Z tego też powodu obydwaj bracia wysłani zostali na misję wśród Chazarów (koczownicy tureckiego pochodzenia, zamieszkujący ziemie na północny wschód od Morza Czarnego). O samej misji wiele powiedzieć się nie da, za to o jej wstępie już owszem. Był nim bowiem pobyt na Krymie, w ówczesnym Chersonezie (współczesnym Sewastopolu), przez Słowian zwanym Korsuniem. I tam właśnie Konstantyn zapoznał się z pismem i alfabetem, o którym dziś wiele już powiedzieć się nie da, ale który podsunął mu pomysł na pismo i alfabet słowiański. Bo jak się okazało, misja owa, stanowiła tylko wstęp do dzieła życia obu braci, czyli pracy wśród Słowian. I jeszcze jedna niezwykle ważna rzecz wydarzyła się w owym Korsuniu. Otóż zrządzeniem Bożej Opatrzności, było im dane w sposób całkowicie cudowny, odnaleźć relikwie wielkiego męczennika św. Klemensa, w roku 101 tam zamordowanego, gdy Chersonez był jeszcze rzymską karną kolonią. Podzielili więc bracia moszczy na trzy części: jedną zostawili na miejscu (trafi później do Kijowa po chrzcie św. Włodzimierza w roku 988 w owym Korsuniu dokonanym), drugą odesłali do Konstantynopola, a trzecią wzięli ze sobą na Morawy – jakżeż im się te święte relikwie jeszcze przydadzą!

Do tej misji wśród Słowian, o którą władca Państwa Wielkomorawskiego książę Rościsław Bizancjum prosił, patriarcha Focjusz skierował naszych braci, nie mając po tym co się na Krymie stało, żadnych już wątpliwości komu ją powierzyć. Przygotowywali się więc do niej pilnie, szlifując język i przekładając na słowiański najpotrzebniejsze księgi liturgiczne, na czele z Ewangelią.

W świetle najnowszych badań, dotarli na Wielkie Morawy w roku 864, a nie w 863 jak sądził Pius IX, ale nie ma to przecież tak naprawdę żadnego znaczenia. Najważniejsze jest bowiem to, że misja mówiąca o Chrystusie w zrozumiałym dla słuchaczy języku, zaczęła odnosić błyskawiczne sukcesy – tak wśród możnych, jak przede wszystkim wśród ludu. I co nie mniej ważne, nikt tu nie posługiwał się ogniem i mieczem, a słowem Bożym tylko, a jedno z tych słów, czyli MIŁOŚĆ, padało wyjątkowo często. I na niezwykle żyzną glebę jak się okazało, glebę, która przyjmowała je ochoczo i niezwykle bujne wydawała plony.

Osiedli w rościsławowej stolicy Welehradzie (czyli Wielkim Grodzie), co w sposób oczywisty pokazywało jak wielką wagę przykładał władca do ich dzieła. I nie zawiódł się, bowiem już po trzech latach, gdy bracia na chwilę powrócili do Konstantynopola by zdać raport ze swej działalności, mogli stwierdzić, że niemalże całe Morawy chrześcijaństwo ochoczo przyjmują i cerkwie stawiają. Mieli tam też już nawet swoich uczniów oraz nowo wyświęconych kapłanów. Jednym słowem, sukces misji był nieproporcjonalnie wielki w stosunku do zaangażowanych środków.

Warto więc zapamiętać, że Państwo Wielkomorawskie jako pierwsze z krajów słowiańskich otrzymało swoje pismo oraz liturgię, w prawosławiu do dziś używaną i na tym piśmie starocerkiewnosłowiańskim opartą. Obrządek słowiański odniósł tak wielki sukces nie tylko na Morawach ale i w całej Słowiańszczyźnie dla tego, że był zrozumiały. 

Pamiętać tutaj koniecznie należy, iż ten nowy obrządek i nowa liturgia, która wraz z nim na Morawach powstała, była swoistą kompilacją bizantyńsko-łacińską, na liturgii św. Piotra opartą, gdyż w owym czasie jeszcze, wschód i zachód pod względem religijnym stanowiły jedność. Tak więc Focjusz braci wysłał, ale pod względem kanonicznym działali na terytorium papieża. I nikt nie miał z tym problemu. No, prawie. Wściekli byli oczywiście Niemcy, którym łup z ręki w zatrważającym tempie się wymykał, knuli więc przeciwko braciom ile tylko mogli, oskarżając ich o wszystko co tylko przyszło im do głowy. Najcięższe armaty wyciągnęli oczywiście przeciwko samemu językowi, gdyż według nich liturgię sprawować wolno tylko w trzech językach: po hebrajsku, grecku lub łacinie – czyli w takich, w jakich napis na Krzyżu Chrystusowym Herod zrobić kazał.

Zaprosił więc papież Mikołaj braci do Rzymu, by się z tych wszystkich zarzutów wytłumaczyli, ale zanim zdążyli przybyć – umarł. Tłumaczyli się więc już przed jego następcą Hadrianem, który winy w nich nie znalazł, księgi słowiańskie oraz liturgię i wszystkie nabożeństwa pobłogosławił, każąc sobie nawet odsłużyć po słowiańsku w swojej kaplicy. A jeśliby ktoś księgi wasze ganił, pod sąd Kościoła będzie oddany – dodał. Co do samej zaś liturgii, zawarto kompromis: najpierw Ewangelię czytano po łacinie, a potem po słowiańsku.

Natomiast zobaczywszy dar, który bracia mu przywieźli, czyli relikwie jego świętego poprzednika papieża Klemensa (wg. Tradycji trzeci następca św. Piotra apostoła), padł na kolana i ze wzruszenia zapłakał. Doszedł też do wniosku, ze musi dla nich specjalny kościół zbudować, co też uczynił i moszczy tam pochował. Świątynia ta istnieje do dnia dzisiejszego, bazyliką św. Klemensa oczywiście nazwana i od tysiąca lat święte relikwie mają się w niej dobrze.

W trakcie tego pobytu Konstantyn ciężko zachorował, a po niedługim czasie zdał sobie sprawę, że to już koniec. Przyjął więc wielką schimę z imieniem Cyryl w jednym z greckich miejscowych monasterów, a po śmierci został pochowany obok św. papieża Klemensa, gdzie i nadal miejmy nadzieję spoczywa, bo sam grobowiec co prawda się ostał, ale relikwie gdzieś się zapodziały. Inni twierdzą zaś, że zachowała się ich niewielka część tylko i że spoczywają na swoim miejscu, w Rzymie, a cząsteczka trafiła do Salonik, do cerkwi w cześć Sołuńskich Braci oczywiście zbudowanej, przekazana w 1974 roku przez papieża Pawła VI.

Był rok 869. Metody został sam i niemalże się załamał. Ale zdołał się pozbierać, pamiętając przedśmiertną prośbę brata, by dzieło nadal kontynuował i nie zaprzepaścił wszystkiego, czego Pan Bóg pozwolił im dokonać. Ale ze względu na opór niemiecki, nie na Morawy powrócił, a z tytułem arcybiskupa Sirmium (słowiański Śrem, a dzisiejsza serbska Sremska Mitrovica, której pierwszym biskupem był apostoł Andronik, jeden z siedemdziesięciu uczniów Chrystusa!) udał się do Panonii - dziś w granicach Węgier. Stało się tak na prośbę księcia Kocela, sojusznika wielkich Moraw. Pomimo tego, został przez Niemców złapany i uwięziony w jednym z klasztorów, w którym przesiedział dwa i pół roku. Uwolnił go dopiero papież Jan VIII, gdy dowiedział się o całej sprawie i rzucił klątwę na nich, zakazał odprawiać mszy wszystkim ich biskupom, pokąd by go więzili. Tak więc go puścili – twierdzi w „Żywocie Metodego” Gorazd, uczeń i następca arcybiskupa.

Wrócił więc Metody na Morawy. Ale łatwo nie było. Niemcy przełknęli co prawdą swą porażkę, ale ani myśleli się poddać. Doprowadzili więc do tego, że Metody musiał się zgodzić na wikariusza, którym Niemiec Wiching jako biskup Nitry został. A kiedy już oboje wrócili do „domu”, zaczął Metodemu kłody kłaść pod nogi gdzie tylko mógł i życie mu utrudniać. A szło mu to tym łatwiej, że wspomniany już papież Jan VIII, który Metodego z okowów uwolnił, jednocześnie zakazał mu w ramach „germańskiego kompromisu” odprawiać liturgii słowiańskiej. Miała być wyłącznie po łacinie lub grecku. Po kilku latach, Sława Bogu, zakaz cofnięto.

c.d.n.

Paweł Krysa

do góry

Prawosławna Parafia Św. Jana Klimaka na Woli w Warszawie

Created by SkyGroup.pl