Nabożeństwa

Święta Liturgia
NIEDZIELA 8:30 -  dolna cerkiew
(nabożeństwo dla dzieci i młodzieży)
NIEDZIELA 10:00 - górna cerkiew
 

Święta Liturgia za dusze zmarłych

PONIEDZIAŁEK - SOBOTA  9:00
 
Nabożeństwo wieczorne
(Wsienoszcznoje)
SOBOTA 17:00
oraz w przededniu świąt.
 

Akatysty

ŚRODA 17:00
 
W dni powszednie cerkiew jest dostępna (otwarta) dla wiernych w godzinach 8.30-18.00

Pobierz kalendarium


Zobacz kalendarz prawosławny

Relacja z XVII warszawskiej pielgrzymki na Św. Górę Grabarkę

29.08.2019

Ja jestem Drogą, i Prawdą, i Życiem [motto]

Prolog

Sprawiedliwy rozkwitnie jak palma, jak cedr na Libanie rozrośnie się [stych na „alleluja” Liturgii wtorku – dnia rozpoczęcia pielgrzymki] 

Mijamy cmentarz w Wołominie. Za nami dopiero może pół godziny marszu. A czeka nas o wiele, wiele więcej przez najbliższe pięć dni. Rozmawiamy z lektorem Radkiem o rylskim monasterze w Bułgarii. Jedna z pierwszych pielgrzymkowych rozmów, a takich będzie jeszcze wiele, na różne tematy. Skupiam się na rozmowie, choć robię znak krzyża, mając w głowie wagę tego cmentarza dla mnie. Tu od trzech lat nie licząc kilku dni spoczywa ktoś mi bliski; pierwszy, który powiedział, że warto z tą arabistyką. I to wychodząc z tego cmentarza w ubiegłym roku, pewien czas po pielgrzymce, dostałam długo oczekiwaną wizę pobytową do Libanu. Jednak dzięki Bogu, w tym pielgrzymkom, mam już trochę inne podejście do tego. Paschalne, bo takie jest Prawosławie. Jakby nie było, płyną w mej głowie dwa nurty myśli, do którego dołącza trzeci, gdy ksiądz Adam mówi:
- Dominika, napiszesz relację z pielgrzymki?
- Ale tak trzeci raz z rzędu?
I czwarty ogółem, by się chciało dodać.
- Ale to inaczej, po arabskich przeżyciach.
- No ok, chyba że ksiądz znajdzie kogoś lepszego.
- To umówmy się już, że ty napiszesz.
- W porządku, to będę patrzeć z innej perspektywy.
- To zdobywaj perspektywę.
Od razu sprostuję, że jestem pewna, że znalazłyby się osoby, które by to lepiej zrobiły. To raz. Dwa – tak, tym razem ta relacja będzie bardziej osobista, także przepraszam, jeśli ten tekst przedstawi zbyt mały wycinek naszej wędrówki na polski Tabor (albo Hermon = Górę Szejka, jakby rzekli prawosławni Libańczycy). Trzy – to, że dowiedziałam się na prawie samym początku pielgrzymki, że mam pisać z niej relację, nie pomogło mi jednak zyskać jakiejś perspektywy reporterskiej. Nie popełniłam żadnych notatek, więc cytaty są przybliżone, a nie dokładne.


Dzień pierwszy, 13 sierpnia 2019
Każdy, kto ma wspólnotę z Chrystusem i kocha Go – rzeczywiście jest żywy

Trochę po czwartej nad ranem. A raczej, jak dla mnie, w środku nocy. Pada deszcz. Trzeba szybko się ogarnąć, bez śniadania. Bowiem wzorem ostatnich lat, warszawska pielgrzymka na Grabarkę – możliwa dzięki błogosławieństwu metropolity Warszawy i całej Polski Sawy – rozpocznie się Boską Liturgią w Wołominie. Zatem, w okolicach godziny szóstej trzeba stawić się pod warszawskim soborem. Tam większość zakapturzona, więc czasem trudno kogoś poznać, i się przywitać. Zwyczajowo zostawia się duży bagaż i pięć postnych konserw, które będą podstawowym składnikiem naszych śniadań i kolacji. Jest nas bardzo dużo – ponoć 130 osób zapisanych, a z pewnością dołączą jeszcze inni – więc nie wszyscy mieszczą się w autokarze, który ma nas zawieźć do Wołomina. Pierwszeństwo mają ci, którzy pragną przystąpić do Eucharystii. Ale chyba i tak nie wszyscy z grupy uprzywilejowanej łapią się na autobus – część jest zmuszona skierować się na Dworzec Wileński, na pociąg.
Jednak przed wołomińską cerkiewką czekamy jedni na drugich, by nikt nie z własnej winy nie spóźnił się na Boską Liturgię. Tę sprawują proboszcz wołomińskiej parafii – ks. Michał Dmitruk – oraz ks. Paweł Korobiejnikov z Woli, który jest jednym z duchownych prowadzących pielgrzymkę. Inni to: ks. Jerzy Kulik z Pragi, ks. Adam Misijuk – proboszcz wolskiej parafii (pierwszy i trzeci dzień; razem z o. Jerzym na przestrzeni wszystkich lat pomysłodawca i organizator pielgrzymki), ks. Igor Habura z Wrocławia/Samborza, który tradycyjnie przyjeżdża z grupą wiernych z diecezji wrocławsko-szczecińskiej, ks. Andrzej Baczyński z Podwala (od trzeciego dnia), ks. diakon Joel Henderson z Podwala (od trzeciego dnia). Śpiewa chór złożony z pielgrzymów – potem, te same osoby, w tym roku określone mianem „słowików”, będą prowadzić śpiewy w trakcie marszu oraz dziękczynnego Mnohaja lita (transkrypcja łemkowska, bo w takowej, i na łemkowską melodię, śpiewamy od lat ten prawosławny wyraz wdzięczności). Na nabożeństwie obecny jest także proboszcz warszawskiej parafii katedralnej, ks. Anatol Szydłowski. To on zwraca się do nas ze słowem pouczenia, w którym przypomina, iż pielgrzymowanie to starożytna tradycja sięgająca Starego Testamentu, gdy Żydzi z różnych miejsc zamieszkania rokrocznie nawiedzali Świątynię Jerozolimską. W międzyczasie deszcz przestaje padać – ot, kolejny dowód, że Bóg, jako Dobry Pasterz, niezmiennie troszczy się o nasze pielgrzymkowe stadko.
Po Komunii wiernych – niestety, ta pierwsza pielgrzymkowa Liturgia wciąż „cieszy się” (a raczej: smuci) najmniejszą liczbą priczastników – księża przewodniczący pielgrzymce podziękowali gospodarzowi, o. Michałowi, za gościnę – liturgiczną, jak i przygotowane przez parafian obfite śniadanie, składające się z bogatych kanapek (jajko, szczypiorek, serek, ogórek, rybka i inne), słodkości, herbaty, kawy, Coli.
Po pokropieniu wodą święconą głów wszystkich zgromadzonych, możemy konsumować wspomniane dary, a w międzyczasie trwają zapisy na pielgrzymkę. Każdy uczestnik dostaje plakietkę z imieniem oraz książeczkę. Ta, podobnie jak ostatnio, jest ładnie wydana (ale, wbrew domniemywaniom wcześniejszym, wciąż w miękkiej okładce), którą otwiera anonimowe słowo wstępne, a zamyka regulamin pielgrzymki w językach polskim i rosyjskim. Pomiędzy nimi widnieją przygotowane na każdy dzień pielgrzymki, od 13 do 19 sierpnia włącznie, w języku polskim: Apostoł, Ewangelia, wycinek z Modlitw nad jeziorem serbskiego świętego Mikołaja (Velimirovića) oraz fragment rozważań jednego z cypryjskich hierarchów, metropolity Limassol Atanazego (Nikolaou) – to właśnie cytaty z tekstów tego władyki zawartych w książeczce stanowią wstęp do każdego dnia w tej relacji. Dla chętnych – a tacy stanowią większość pielgrzymów – są przygotowane drewniane krzyże w rozmiarze „S” i „L” (a może jednak na przestrzeni lat z tego „L” zrobiło się „M”), gotowe do zapisania ich markerami i długopisami, by przedstawić Bogu swoje intencje dziękczynne i błagalne, i by tak, jako świadectwo zostały potem na Grabarce, celu naszej wędrówki.
- Coś się zmieniło? Nie! Wracamy na tę samą trasę, kontynuujemy naszą wędrówkę!
Zostało nam jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie, które robi przyjaciel naszej pielgrzymki, pan Jerzy Kielak, stojąc na balkonie wołomińskiej parafii niczym Julia czekając na Romea. Już po trudnościach związanych z objęciem wszystkich w kadrze widać, jak nasza pielgrzymka przez te siedemnaście lat się rozrosła. Jest nas trzy razy więcej.

I pierwszy krótki postój to właśnie powitanie przez mieszkańców Mostówki na czele z panem Jerzym. Wspólnota modlitwa, poczęstunek. Podstawowe sprawy, nie tylko na pielgrzymce.

Czwarty postój – dłuższy na tle pozostałych tego dnia – to królewskie ugoszczenie przez mieszkańców wsi Turze i Rojki na czele z panem Eugeniuszem, którego wzruszenie udziela się i nam. Na terenie jednego z gospodarstw razem się modlimy – witając śpiewają Witamy was, alleluja i inne katolickie pieśni życzące błogosławieństwa Bożego, zaś my wykonujemy Mnohaja lita, a duchowni czytają modlitwy z trebnika po polsku, w tym o spokój duszy pani Elżbiety, która w poprzednich latach bardzo pomagała w tym powitaniu, przygotowując gigantyczne ilości pysznych pierogów. I tak, mimo wszystko, czekają na nas pierogi, naleśniki, słodycze, napoje oraz zupa pomidorowa. W podziękowaniu ojcowie wręczają dużą ikonę Bogurodzicy „Trójrękiej” oraz literaturę duchową. Ojciec Adam przybliża gospodarzom  historię tej ikony, która związana jest z wielkim arabskim świętym, obrońcą ikon, Św. Janem Damasceńskim. Oczywiście nie przytacza jego pełnego imienia, ale z racji, że ta relacja jest po przeżyciach arabskich, to mogę uświadomić Czytelników, iż jego pełne imię to Juhanna Mansur ibn Sardżun al-Mansur (at-Taghlibi) z przydomkiem ad-Dimaszqi. Potem wyruszamy dalej w drogę, do ostatniego postoju. Nie pada, słońce trochę świeci, jest parno, ale nie tak strasznie. Chwała Bogu.

- Dlaczego niesiesz krzyż?
- Hmm, z kilku powodów. Po pierwsze, bo Chrystus powiedział tuż przed Przemienieniem, na które przecież idziemy, że „niech każdy, kto chce iść za Mną, weźmie swój krzyż, i niech mnie naśladuje”, a samo Przemienienie jest przygotowaniem do Krzyża, i przecież pierwszego sierpnia, czyli według starego stylu… Plus trzynaście, to czternastego, jest święto wyniesienia Krzyża, także to takie symboliczne. Po drugie, ten krzyż to jakaś moja ofiara w intencjach, które mogę na nim napisać, niosę tu bliskie mi osoby, żywych i zmarłych. Nie wiem, czy dobrze odpowiedziałam, ciężko to ująć.
Tak, cały rok czekam na tę chyba jak na razie esencję mojego życia duchowego: wziąć krzyż na ramię, i po prostu iść z modlitwą na ustach i w sercu… Ale iść do celu, a nie dreptać wokół czegoś. I tak dosłownie, jak i metaforycznie.

Wieczorem dochodzimy do szkoły w Dobrem. Mamy chwilę na znalezienie swojego bagażu oraz rozłożenie karimat i śpiworów na podłodze. Zanim będzie czas na ablucje, jemy kolację, oczywiście po modlitwie przed jedzeniem. Pierwszy raz w historii pojawia się kiełbasa, bo ją dano nam po drodze – a dar należy przyjąć i skonsumować; nie powiem, że się nie cieszę, ani nie będę udawać naczelnego postnika pielgrzymki, bo arabska ziemia jest, nomen omen, pustynią w zakresie takiego typu jedzenia, więc przez ostatni rok bardzo mi go brakowało. Ojciec Igor przypomina też o tym, że tak na co dzień dobrze nam wychodzi segregowanie ludzi, a tymczasem na pielgrzymce mamy problem z rozróżnieniem plastiku od śmieci zmieszanych – tak, w tym roku choć trochę bardziej dbamy o ekologię wzbogacając się duchowo, i mamy dwa worki na różne typy odpadów.
Potem przychodzi pora na upragniony prysznic, z którego najpierw korzysta płeć żeńska. Naprawdę upragniony, bo czuję samą siebie, co nie jest dobrym znakiem. Z drugiej strony, wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji, i to niesamowite, że na co dzień tak przywiązujemy wagę do tego, by jak najlepiej wyglądać, podczas gdy na pielgrzymce się tak nie da, nawet jeśli w podręcznym plecaku nosi się lakier do paznokci i kreskę do oczu (autopsja), i w sumie nikomu to nie przeszkadza. Co istotne, drugi raz – o ile się nie mylę – w przeciągu wszystkich pielgrzymek w tej szkole leje się ciepła woda z kranu, przeto unika się moczenia tylko wybranych części ciała i tylko na chwilę lub też odważnego wskoczenia pod strumieniem wody z cisnącym się krzykiem na ustach.
Gdy wszyscy się umyli, następują modlitwy wieczorne. Tym razem do siedemnastoletniego drewnianego zestawu z ikonami Chrystusa oraz kazańską Bogurodzicą i miejscem na świeczki, dołączają jeszcze świątynne, duże, pozłacane świeczniki. Duchowny w pouczeniu mówi o tym, jak czas pielgrzymki jest niezwykły, jednak to drobny wycinek w ciągu roku, i ta niecodzienność pielgrzymkowa powinna być codziennością przez wszystkie dni, tej wzajemnej życzliwości, modlitwy… Uch, mam nadzieję, że nie przekręciłam. Pół-dziennikarka, a nie zrobiła notatek! Polak mądry po szkodzie.
A apropos narodowości, jak zwykle, warszawska pielgrzymka jest kolorowa, gdyż mamy przedstawicieli grup: polskiej, białoruskiej, ukraińskiej, łemkowskiej, kanadyjskiej, serbskiej – mam nadzieję, że żadnej nie pominęłam.


Dzień drugi, 14 sierpnia
Błąd w naszym stosunku do Boga to pytanie: dlaczego Bóg mi to zsyła?

Wstajemy o wczesnej porze, a wolontariusze przygotowujący śniadanie – o jeszcze wcześniejszej. Dzień jednak zaczynamy od modlitw porannych – jeszcze przed nimi można jakoś ogarnąć siebie i swój pielgrzymkowy dobytek. Ojciec Igor w krótkim pouczeniu nawiązuje do Ewangelii dnia mówiącej o Ukrzyżowaniu. Prosi, byśmy idąc dzisiaj, przemyśleli znak Krzyża, który odwraca wszystko: hańbę w wywyższenie, egoizm w zwrócenie się ku drugiemu człowiekowi…
Kiełbasy na stole nie ma, bo wg starego stylu rozpoczął się Post Uspieński, a poza tym… No, jednak prawosławne pielgrzymowanie z natury wiąże się z postem, bo przecież w swym dżihadzie (w cs. podwigu, czyli wysiłku duchowym) mamy działać na wszystkie zmysły, na całe ciało, na ducha, całe swoje jestestwo. Za to są kanapki z różnymi pastami, rybą, ogórkiem, pomidorem… I gorąca herbata. Zwłaszcza ta kojarzy mi się z cieszeniem się z prostych rzeczy na pielgrzymce, w określonych jej momentach – bo przecież nie na każdym postoju jest dostępna.

Po pierwszym postoju mży deszcz. Nie jakoś strasznie – mi wystarczy przemakalna kurtka, która faktycznie jest nieco mokra, ale do warstw wewnętrznych woda nie dociera; inni jednak mają mniej szczęścia, i trochę narzekają na mokre buty, co utrudnia marsz.
- Jak tam, siostro? Co się w tobie dzieje?
- Dużo. Dużo przemyśleń i przeżyć. Muszę sobie wszystko poukładać. (…) A u brata?
- Jak każda pielgrzymka: wnosi coś nowego.

Docieramy do legendarnego złomu. Tym razem jednak nie mamy postoju tam, lecz w niedalekiej świetlicy, gdzie raczymy się pielgrzymkową zupą, a także jesteśmy poczęstowani kanapkami, herbatą, kawą… Weterani warszawskiej pielgrzymki mówią, że coraz więcej tych wygód. Faktycznie: to jest różnica zjeść pod dachem przy stole – i nawet ścisk nie przeszkadza – niż usiąść pod otwartym niebem, z którego leje się żar lub woda – zależy od roku, na kawałku zardzewiałej blachy, mając za towarzystwo starą oponę. Deszcz się wzmaga, toteż więcej osób zakłada płaszcze nieprzemakalne, aniżeli na pierwszym etapie. Może przez to człowiek czuje się chodzącym dymem parowym, ale przynajmniej ma względnie sucho.

Przy następnym, trzecim i zarazem ostatnim tego dnia postoju, przestaje padać. Można nogi lub głowę – kto jak woli, choć to pierwsze jest chyba zdrowsze i bardziej adekwatne do sytuacji – oprzeć o mury okalające pobliski kościół, spoglądając na kolejny cmentarz na naszej drodze.

I tak docieramy do szkoły w Węgrowie, dziękując Bogu za brak burzy – po zeszłorocznej przerwie do tej samej, co we wcześniejszych latach – gdzie na stołówce czeka na nas obiad oraz kompot i herbata. Mnohaja lita w akustyce tej stołówki brzmi pięknie. Potem mamy dosyć sporo czasu – bagatela półtorej godziny – na umycie się pod prysznicem z ciepłą wodą, jak przystało na nocleg w Węgrowie, któremu po zeszłorocznym remoncie można przyznać jeszcze jedną gwiazdkę. Szkoła ta słynie też z większej ilości materacy, co czyni spanie nieco bardziej miękkim, aniżeli na cienkiej karimatce położonej na twardej podłodze.
Po odświeżeniu się gromadzimy się na wielkiej sali gimnastycznej przed zestawem modlitewnym, by odsłuchać modlitw przed spowiedzią – po polsku, oraz modlitw wieczornych – jak zwykle, w cerkiewnosłowiańskim.
- Jej, jak dobrze, że Radek przeczytał ten psalm 50 po polsku! Dopiero teraz tak dotknął mojej duszy!
Przychodzi czas na tradycyjną w Węgrowie spowiedź, z racji jutrzejszej leśnej Liturgii. W słowie wstępnym ojciec Adam przypomina, że obecnie w świecie nacisk jest na to, że każdy ma swoją prawdę, tymczasem Prawda jest jedna: Chrystus. A spowiedź to stanięcie w obliczu Prawdy, przyznanie się przed samym sobą, kapłanem i wreszcie Bogiem. Spowiada pięciu naszych duchownych, księża: Jerzy, Igor i Paweł oraz Adam i Andrzej. Dzięki przygotowanym przez służbę porządkową karteczkom – już tu widać, że ma więcej funkcji, aniżeli przepuszczanie i stopowanie pojazdów oraz pilnowanie kolumny pielgrzymkowej na drodze – każdy bez problemu może znaleźć duchownego, u którego chce się wyspowiadać.
Tak jak w poprzednich latach, tak i tym razem w czasie oczekiwania na spowiedź można uczestniczyć w spotkaniu tematycznym. W tym roku prowadziła je moja niegodna osoba, i dotyczyło ono Prawosławia w Libanie, w którym dzięki Bogu, Jego świętym i dobrym ludziom mogłam żyć miniony rok i, in sza’ Allah („jeśli taka Wola Boża”), będę jeszcze z niego czerpać w roku następnym. Słuchaczy i pytań nie zabrakło.
Ojcowie spowiadali jeszcze grubo po północy, za co należą się im wyrazy podziękowania i szacunku. Należy tu też podkreślić, że tego wieczoru oraz następnego dnia rano grono naszej pielgrzymki zasiliło jeszcze kilkadziesiąt osób, które ze względu na dni wolne, a raczej ich brak, mogły dopiero teraz dołączyć.


Dzień trzeci, 15 sierpnia
Cel tego świata – to poznanie Stwórcy i przebóstwienie stworzenia

Od pobudki nie mamy wiele czasu – tylko na spakowanie się, bo nie jemy przecież śniadania, zaś modlitwy poranne czytane są w drodze na polanę leśną, gdzie będzie sprawowana Boska Liturgia. Tę celebrują księża: Adam Misijuk, Michał Dmitruk, Igor Habura, Paweł Korobiejnikov, Andrzej Baczyński, diakon Joel Henderson. Ojciec Jerzy dyryguje chórem, który czerpie także z melodii gruzińskich. Słońce pięknie świeci, oświetlając niektórych pielgrzymów – tak to wygląda z miejsca, w którym stoję – z których część trzyma świece w rękach. Opieramy się o drzewa, skłaniamy pokłony na trawie, robaczki wokół pełzają nieszkodliwie… Ot, taki przedsmak owego przebóstwienia stworzenia. Z drugiej strony – i to jest pewnie jeden z najbardziej subiektywnych momentów tej pielgrzymki oraz relacji z niej – nie czuję aż tak szczególnego błogostanu, jak rok temu. Chyba w sercu czuję rozkrok pomiędzy 2 sierpnia (dniem liturgicznym wg starego stylu trzeciego dnia pielgrzymki) a 15 sierpnia, czyli świętem Zaśnięcia Bogurodzicy. W poprzednich latach doskwierało to tylko trochę, teraz bardziej – jednak przez rok żyłam w innym świecie, i z tego świata przyleciałam tu tylko na chwilę, także rozumiem, jak ktoś może odczuwać coś zupełnie innego. A przyleciałam między innymi po to, by wziąć udział w pielgrzymce, co zresztą świadczy o tym, jak ważnym i budującym doświadczeniem może ona być.
Kazanie wygłasza ksiądz Adam. Przyznaję, że siedziałam daleko i nasz zestaw głośnikowy nie nadawał na pełni mocy, także wiem tyle, że było to w nawiązaniu do Ewangelii dnia (Mt 20, 17-28) ze wspomnieniem Dobrej Nowiny z minionej niedzieli, gdy na nowo staliśmy się świadkami rozmnożenia przez Chrystusa chleba i ryb, którymi nakarmił tłumy, co w ludzkiej logice się nie mieści.
Eucharystia udzielana jest z dwóch kielichów, co świadczy o tym, że znakomita większość pielgrzymów stała się priczastnikami („udziałowcami”) w Ciele i Krwi Pańskich. Po raz pierwszy – widać, że ta pielgrzymka ma odcień debiutowy – nie spożywamy śniadania bezpośrednio po Liturgii pośród mchu i paproci, gdyż jesteśmy na takowe zaproszeni parę kilometrów dalej, w miejscowości Grochów. Dlatego też, niczym w Wielką Sobotę, odczytana zostaje modlitwa na poświęcenie chleba i wina, które spożywamy; w sumie ten sam zestaw, co w ramach poeucharystycznej zapiwki, gdzie obydwu rzeczy nie szczędzono. Takie trochę dziwne uczucie, bo sama jestem miłośniczką płynnego owocu winorośli, to jednak na pielgrzymce jest tak radosna i integrująca atmosfera, że takich rzeczy nie potrzeba. Ale, tak człowiek może sobie przypomnieć prawdziwe znaczenie tych dwóch rzeczy: wino weseli serce człowieka, chleb go pokrzepia (psalm 103).

Pokonawszy pewien odcinek drogi, wchodzimy do nadmienionego Grochowa. Śpiewamy troparion Przemienienia Pańskiego, który jest sygnałem rozpoczęcia marszu, jak i zbliżającego się jego końca, tj. postoju lub noclegu. W szkole czeka nas wspaniały poczęstunek-śniadanie przygotowane przez lokalne Koło Gospodyń Wiejskich. Jest i barszcz ukraiński, i ciepłe paszteciki, i ciasta, i napoje. Mieści się tu chyba przedszkole, bo krzesełka są malutkie, podobnie jak toalety. Ale pielgrzym dziękuje za wszystko, co dostaje – bo to i tak więcej, niż mogliśmy sobie zamarzyć. Po skorzystaniu z gościny odwdzięczamy się tak, jak zawsze: śpiewem Mnohaja lita oraz wręczeniu literatury duchowej przez ręce naszych kapłanów. Jedna z sióstr mówi:
- Jeszcze końca świata nie będzie, są dobrzy ludzie.

Następny postój, tuż przed Sokołowem Podlaskim, również jest jedzeniowy (ciastka, kompot, kawa, herbata), u gospodarzy, którzy przyjmują nas zawsze. Nie jest to takie oczywiste w obecnych czasach: owszem, ta sama religia, ale inne wyznanie; nieznajomi, lub też znajomi tylko z widzenia raz na rok; a nakarmić, i jeszcze wpuścić 150 osób do toalety we własnym domu…
- I jak tam?
- Chwała Bogu, wszystko dobrze.
- No, i to jest odpowiedź, al-hamdu-li-l-Lah („chwała Bogu”)!

Ruszamy dalej, po drodze odśpiewując „Sto lat”, gdyż mijamy jedno wesele. Zakładam, że państwo młodzi tego nie zapomną. Pokonujemy jeden z najtrudniejszych etapów pielgrzymki – chyba obok tego do złomowiska, jeśli po drodze nie ma postoju, jak to było rok temu oraz tego do Klekotowa – czyli przez znany ośrodek polskich wyrobów wędliniarskich, a parę wieków temu również ośrodek prawosławnej parafii. Teraz niestety cerkwi tu nie ma, a jej fundamenty zalano betonem, także my jesteśmy żywym świadectwem ortodoksji ten jeden dzień w roku. Za Sokołowem siadamy w jabłkowym sadzie, by zjeść obiad: osiem pierogów z kapustą i grzybami plus kompot. Pogoda sprzyja: deszcz nie pada, nie ma wielkiego upału. Chwała Bogu.
- Co jedli nasi słowiańscy przodkowie, zanim sprowadzono tu ziemniak?
- Topinambur. Wygląda trochę jak imbir. Niegdyś uważane za jedzenie dla ubogich.

Docieramy do szkoły w Repkach, w pobliżu której stoi kościół wzorowany architektonicznie na cerkwi – tak, to też tereny dawniej prawosławne. Tutaj, jak zwykle ma miejsce mecz piłki nożnej. To znaczy, pierwotnie orlik jest zajęty, więc nasi pielgrzymi muszą grać w coś w rodzaju siatkonogi. Wśród graczy można zauważyć płeć żeńską, choć w zdecydowanej mniejszości – przecież „nożna” nie jest sportem li i wyłącznie męskim, osobiście to jedna z moich ulubionych dyscyplin. W międzyczasie właśnie kobiety mogą korzystać z prysznica z ciepłą wodą na terenie orlika – zostaje zalecone, by streścić się w 3 minuty. Jednym się udaje, innym trochę mniej. W każdym razie, oczekiwanie jest dosyć długie.
Potem jemy kolację i czytane są modlitwy wieczorne. Przychodzi kolej na mężczyzn w kwestii prysznica (nie wiem, czy starczyło im ciepłej wody). W międzyczasie oglądamy zdjęcia z prawie wszystkich poprzednich pielgrzymek – chyba wyłączywszy trzy ostatnie, bo nie starcza energii. Refleksyjny i tkliwy powrót do przeszłości: gdy powstawały pary, przeobrażające się w małżeństwa i rodzące dzieci; gdy dzieci pielgrzymkowe stawały się dorosłymi… Przy co bardziej słodziasznych zdjęciach grupa oglądających wydaje równie słodziaszny okrzyk „ooo”. Zdaje się, że większość bardziej się śmieje, niż leje łzy wzruszenia.


Dzień czwarty, 16 sierpnia
Wierny to ten, który w okresie suszy bezwarunkowo wierzy, że Bóg go nie zostawi

Księżyc mocno świeci… A nie, to słońce. Pobudka miała być o ósmej. Ale niektórzy nadgorliwi pielgrzymi i/lub ci mający problemy ze snem, wstają już o siódmej. Jedyny dzień w trakcie pielgrzymki, kiedy można pospać dłużej – nie piszę „wyspać”, bo to niemożliwe – zostaje zaprzepaszczony pod tym względem. Ksiądz Paweł po modlitwach porannych, a przed śniadaniem, ojcowsko karci w tej kwestii. Krótką homilię wygłasza z kolei ojciec Jerzy, który w nawiązaniu do Ewangelii dnia mówi o tym, by cerkiew traktować jako świątynię, i nie zachowywać się jak turyści – tak w niej, jak i na pielgrzymce, np. po spełnieniu kolejnego etapu wędrówki.

Podobnie jak drugiego dnia, mamy trzy postoje, jednak nieco dłuższe.
- Na pielgrzymce niesamowite jest to, że nogi cię bolą, ale jakoś idziesz dalej, choć normalnie byś już nie szedł.
Drugi postój to tuż przed obecną granicą Mazowsza z Podlasiem, we Frankpolu, gdzie gospodarze udostępniają nam ładnie przystrzyżoną trawkę – idealną dla zmęczonych nóg, o której marzy się również siedząc przed komputerem – oraz coś na ząb. A tak to jest przekąska na zasadzie „zrób to sam”, czyli zjedz konserwę rybną lub posmaruj nią kromki chleba.
- Modlitwa modlitwą, ale wiara bez uczynków jest…
- Pusta.
- Martwa.

Tym razem przekroczywszy Podlasie, nie śpiewa się już starego przeboju Blagodatnyj Dom. W tym roku najczęściej wykonywana jest krótka pieśń składająca się z Modlitwy Jezusowej oraz modlitwy do Bogurodzicy, aniołów i świętych – ta druga była znana wśród nas już w poprzednich latach, ale na inną, bardziej bojowniczą melodię, i na przestrzeni kilku lat zmieniono tekst z „Niepobiedimaja Pobieda” na „Miloserdnaja Carice” z racji pewnych kontrowersji; ta odświeżona pod względem melodycznym wersja zachowuje starsze wyrażenie.
W legendarnej Wólce Zamkowej po raz pierwszy od Wołomina spotykamy na naszej drodze naszych braci i siostry w ortodoksyjnej chrześcijańskiej wierze na czele z ks. Eugeniuszem Zabrockim – proboszczem prawosławnej parafii drohickiej. W tym roku dostawiono jeszcze jeden stół z pysznościami w postaci owoców oraz domowych ciast – jak zauważyliśmy już wczoraj, w trakcie oglądania zdjęć, Wólka poszerza się wraz z pielgrzymką, za co należą się tamtejszym gospodarzom niskie ukłony, a przede wszystkim modlitewna pamięć. Wyjątkowo nie ma jakoś wspólnego śpiewania – tak samo jak wieczór wcześniej, przez oglądanie zdjęć, nie było koncertu Łemków. Nie mówię, że to źle – po prostu było inaczej.

Dochodzimy na obrzeża Drohiczyna, gdzie czeka nas wielka szkoła stanowiąca ostatnie miejsce noclegowe przed Grabarką. Tutaj na stołówce czeka nas obiad przygotowany przez drohicką parafię – na długim stole czekają na nas m. in. dwa rodzaje klopsików oraz pierogi; tym razem nie ma ryby w śmietance zachwalanej przez cały dzień przez jednego z braci pielgrzymów, jednak z racji obfitości pokarmów absolutnie jej nie brakuje.
Mamy czas na prysznic i zawody sportowe. Potem ostatni raz wspólnie odmawiamy modlitwy wieczorne. Ojciec Paweł wygłasza kazanie o tym, że modlitwa nie powinna być tylko proszeniem, nie możemy „wykorzystywać” Boga. Następnie zostają odczytane modlitwy przed Eucharystią, gdyż jutro mamy uczestniczyć w Boskiej Liturgii w drohiczyńskiej cerkwi. Po chwili przerwy tradycyjnie nasi ojcowie odpowiadają na tzw. „100 pytań do”, które można było napisać na karteczkach na postojach dzisiejszego dnia. W tym roku pytań zostało zadanych zdecydowanie mniej, niż sto – ciekawe, czy to kwestia większej świadomości pielgrzymów, czy jakichś obaw, albo niewiedzy, jak dobrze sformułować pytanie. W tym czasie rozdawane są też koszulki pielgrzymkowe, które jutro mamy założyć wszyscy – są one za „co łaska”, i pierwszeństwo mają ci, co zapisali się wcześniej, oraz podali rozmiar. Dobrze, że zaliczam się do takowych, bo dzięki temu unikam poszerzenia swojej kolekcji koszul nocnych, co niektórym się przydarza – akurat w tym roku idzie z nami parę młodszych osób, także mniejsze rozmiary, poza osobom wcześniej zapisanym, są dane najpierw im. Koszulki tegoroczne wracają do koloru białego, który ostatni raz był w 2013 roku.


Dzień piąty, 17 sierpnia
Udaliśmy się z wami na tę pielgrzymkę w nadziei znaleźć jakiejś wyjście ze swoich problemów

Wstajemy dramatycznie wcześniej, bo o 7.00 ma się rozpocząć Święta Liturgia, a do cerkwi w centrum miasteczka trzeba jeszcze przecież dojść. Tak więc, biała kolumna przemierza drohickie uliczki, by wypełnić zabytkową świątynię. 

Słońce mocno grzeje, co może trochę utrudnia marsz, ale przynamniej nie ma opadów deszczu, które jeszcze wczoraj zapowiadano. Chwała Bogu.
Pierwszy postój z podłużnym, zapełnionym stołem czeka na nas w Klekotowie. Zabieram sobie przy okazji trochę winogron i jedno jabłko, by mieć co poświęcić w dniu Przemienienia Pańskiego na Grabarce.

Drugie miejsce odpoczynku to Słochy Annopolskie; w przeciwieństwie do zeszłego roku, a wzorem lat ubiegłych, nie idziemy do miejscowej cerkwi, lecz dokujemy w remizie, gdzie konsumujemy pierogi i słodycze, rzecz jasna po uprzedniej prawosławnej modlitwie – jak przy każdym przystanku tego dnia oprócz tego w lesie w pobliżu Siemiatycz. Słowo powitalne wygłasza o. Paweł Sterlingow – cieszy go, jako rodowitego Warszawiaka, że coś, co kiedyś było tylko wątłym marzeniem, od siedemnastu lat jest rzeczywistością. A mianowicie, pielgrzymka z Warszawy na Świętą Górę Grabarkę.
Tego dnia również każdy pielgrzym ma możliwość być w trójce do niesienia naszego wielkiego, pielgrzymkowego krzyża, w tym roku bardzo zdobionego, można by rzec: na wypasie.

Po postoju w lesie – o dziwo nie wydał się za krótki – wkraczamy w szereg kolejnych prawosławnych wsi ciągnących się aż do Świętej Góry Grabarki.
- No i miałeś racje, tak jakbyśmy wczoraj zaczęli pielgrzymkę, a tu już Szerszenie, Homoty i tak dalej…
- O, i Kudlicze. Powiem ci więcej: my już prawie jesteśmy w 2020 roku w tych Szerszeniach, Homotach i innych.
W owych wsiach postoje są krótkie – modlitwa, czas na wypicie czy przekąszenie czegoś przygotowanego przez współwyznawców, i dalej w drogę… Przy Szumiłówce jak zwykle pielgrzymka drohiczyńska odłącza się od nas, idąc bezpośrednio na Grabarkę, my zaś czekamy. Jest czas na załatwienie potrzeb fizjologicznych, zabandażowanie kolan, oddanie wszystkiego oprócz krzyży do busa przeznaczonego na małe plecaki i karimaty. Po jakimś czasie – być może pół godzinie – zaczynamy ostatni etap, już bez jakiegokolwiek balastu, śpiewając do skrzyżowania Modlitwę Jezusową, a na ostatniej prostej troparion Przemienienia Pańskiego.
- W tym roku nawet trudno było się dopchać do niesienia krzyża.
- Cóż, każda pielgrzymka ma swój koloryt.

Po schodach Świętej Góry, przy śpiewach jutrzni z okazji święta Iwierskiej Ikony Matki Bożej, przedświęcia Przemienia Pańskiego oraz niedzieli, wchodzi nasz biały orszak niosąc krzyże – znaki bólu, trudu, problemów, ale też dziękczynienia i zwycięstwa. Tak skojarzyło mi się to z Objawieniem św. Jana (Ap 7, 9; 13):
Odziani są w białe szaty,
a w ręku ich palmy. (...)
„Ci przyodziani w białe szaty
kim są i skąd przybyli?”
I powiedziałem do niego:
„Panie, ty wiesz”
Faktycznie, pytano nas, skąd idziemy.
Okrążamy cerkiew Przemienienia na kolanach, bo, jak przypomina na ostatnim postoju ks. Igor, nasze wejście nie jest głównym wydarzeniem wieczoru, i nie możemy przeszkadzać innym w modlitwie.
Z wbitymi (lub nie) kamyczkami w kolana idziemy na miejscu, gdzie mają być postawione tegoroczne nasze krzyże – i ten duży, i te mniejsze. Modlitwa na ich poświęcenie, i kierujemy się na pole namiotowe, gdzie przeznaczono dla nas sektor, choć kilka osób nie od nas zdążyło się tam rozbić. Ale, miejsca starcza dla wszystkich.
  Ojciec Jerzy, nie kryjąc wzruszenia, składa podziękowania wszystkim: duchownym, organizatorom, pomagającym, pielgrzymom. Dwóm siostrom pielgrzymowiczkom składane są także życzenia urodzinowe. Następuje oczekiwany punkt programu: wymienienie pocałunków i uścisków każdy z każdym…
Pozostało tylko rozbicie namiotów i udział w świętach Iwierskiej Ikony Bogurodzicy oraz chwalebnego Przemienia Pańskiego.


Dominika Kovačević

fot. Pielgrzymi, zdjęcia na końcu galerii przyjaciel pielgrzymów Jerzy Kielak

 

do góry

Prawosławna Parafia Św. Jana Klimaka na Woli w Warszawie

Created by SkyGroup.pl