Nabożeństwa

Święta Liturgia

PONIEDZIALEK - SOBOTA 
 9.00 - dolna cerkiew
 
NIEDZIELA

7:00  - górna cerkiew

8.30 - dolna cerkiew

10:00  - górna cerkiew

Modlitwa za dusze zmarłych

PONIEDZIAŁEK - SOBOTA  9:00

Akatyst

ŚRODA 17:00

 
W dni powszednie cerkiew jest dostępna (otwarta) dla wiernych w godzinach 8.30 -15.00

Pobierz kalendarium


Zobacz kalendarz prawosławny

L. Jagiełło - Wspomnienia z pobytu na Syberii cz.1 Pożegnanie z domem

15.01.2019

Wspomnienia, Syberia.

Ciepłe popołudnie. Lato 2017 roku. Kończy się piękny lipcowy dzień. Żadnego wiatru, hałasu. Spokój, którym lubię się delektować. A im bardziej jestem w latach, tym bardziej lubię takie pozornie leniwe, powoli mijające dni, gdy nigdzie nie muszę się spieszyć. Dobiegam już 90‑tki. Od czasu gdy zmarł mąż mieszkam sama, a lepiej powiedzieć samodzielnie, nie samotnie, bo dochowałam się synów i wnuków, którzy odwiedzają mnie od czasu do czasu. Nie powiem, pomagają mi, ale na co dzień, póki mogę, chcę radzić sobie sama. A ich wizyty bardzo lubię. Przyjemnie sobie pogadać o różnych mniej czy bardziej ważnych sprawach. Od jakiegoś czasu jakby częściej namawiają mnie na różne wspomnienia z czasów mojej młodości. Śmieję się, że to wyraźny objaw, że oni też idą już w lata. Czasem pojawia się w naszych rozmowach temat o nazwie „Syberia”. Pobyt tam był dla mnie bardzo wielkim przeżyciem. Jakiś czas temu myślałam, aby spisać krótkie wspomnienia z tamtych lat. Wówczas nie zdradziłam tych zamiarów nikomu. Jakoś tak chodziła za mną myśl, aby w rodzinie pozostał jakiś ślad po przeżyciach moich i Rodziców, a ich Dziadków i Pradziadków, ale nie bardzo wiedziałam, jak się do tego zabrać. I czy w ogóle warto..., bo przecież nie przeżyłam tam niczego spektakularnego jak to się dziś mówi. W tamtych czasach nie było czymś niezwykłym poniewierka i niepewność jutra trwająca całymi latami. Był to trudny okres dla mnie i bliskich, z którymi tam byłam, ale czy teraz może to kogoś obchodzić? Ale jak się zwierzyłam z moich rozterek to już, jak to się mówi, było po mnie. „Koniecznie!” - taka była krótka rada czy prawie żądanie. „Przecież mama, babcia, opisze codzienne życie. O ważnych datach, traktatach itd. to sobie można poczytać gdzie indziej. A jak przez te lata żyli zwykli ludzie? Co robili, co jedli, co czytali? O tym się mało mówi”. I tak, chcąc nie chcąc (a tak naprawdę z wdzięcznością za rozprawienie się z moimi rozterkami), zabrałam się za spisanie wspomnień z pobytu na Syberii.

Minęło 75 lat od wydarzeń, które próbuję opisać. Właściwie wszystko to w jakichś drobnych fragmentach opowiadałam czy to rodzinie czy znajomym. Wydawało mi się, że to tylko kilka zdarzeń czy krótkich historii, które spisane zajmą kilka stron. Ale gdy zebrałam to wszystko razem, z początku tylko w myślach, spostrzegłam jak głęboki ślad to we mnie pozostawiło. Wszystko stało się wyraziste jakby to było parę lat temu..., i niewiele wyjaśnia to, że zawsze zdarzenia z  młodości lepiej się zapamiętuje.

 

Pożegnanie z domem.

Urodziłam się w 1928 roku w Lebiediewie. Niewielkie miasteczko, powiat Mołodeczno, województwo wileńskie - jednym słowem dawne wschodnie kresy Polski.

Rodzina nieduża: tata - Grzegorz, mama - Zofia, młodszy brat - Leon no i ja Leokadia.

Dzieciństwo miałam bardzo szczęśliwe, wręcz beztroskie. Rodzicom nieźle się powodziło. Doszli do tego, że byli jak, to się mówi, na swoim. Prowadzili restaurację. Jak pamiętam to zawsze dużo i ciężko pracowali, ale zawsze mieli czas i dla nas.

Niedługo przed tym, jak poszłam do szkoły, miałam już swój pokój. Szybko stało się to dla mnie czymś zwyczajnym, a przecież żadna z moich koleżanek nie miała oddzielnego pokoju. Miałam sporo zabawek, a niektóre, te najnowsze, były sprowadzane z Wilna. Nie wiem ile kosztowały. Domyślałam się tylko, że pewnie były drogie, ale ponieważ tata nigdy nie żałował nam niczego, nie zastanawiałam się wtedy nad tym zbytnio. Taki to był beztroski czas.

Bardzo dobrze pamiętam ślicznie ubraną lalkę, która, jeśli ją odpowiednio ułożyć, zamykała oczy i mówiła „mama”. Moje koleżanki przychodziły do mnie ją obejrzeć. Była to tak wielka atrakcja, że poprosiły mnie by przynieść ją do szkoły, aby pokazać innym dziewczynkom. Miałam wówczas 6 lat i byłam już w pierwszej klasie. A bardzo chciałam iść do szkoły. Długo prosiłam tatę, aby coś zrobił w tej sprawie i w końcu uprosiłam. Był u naczelnika oświaty w urzędzie i ten dał zgodę na to, abym o rok wcześniej poszła do szkoły. Byłam bardzo szczęśliwa, że mogłam chodzić na lekcje. Jak pamiętam, w szkole wszystko było tak, jak to sobie wymarzyłam.

W tamtych latach tylko jedno było dla mnie trudne do zniesienia. Byłam wielkim „tadkiem niejadkiem”, nigdy nie miałam apetytu. A tu mama szykowała dla mnie kanapki z różną wędliną, które to miałam obowiązek zjeść w szkole. Szybko wpadłam na prosty pomysł i rozdawałam je koleżankom ku wielkiej radości i ich i mojej mamy, która myślała, że to cudowny wpływ szkoły na mój apetyt. Takie to miałam „poważne” problemy. Zapewne nie pamiętałabym o tym gdyby nie późniejsze wspomnienia tychże kanapek w czasie głodu na Syberii, kiedy to nie mogłam odżałować, że tak lekką ręką się ich pozbywałam.

Życie „sielskie i anielskie” nie trwało długo. 1 września 1939 roku Niemcy napadli na Polskę, a 17 września tegoż roku sowieci zajęli kresy. Skończyłam 11 lat i to był koniec mojego dzieciństwa nie tylko „sielskiego i anielskiego” ale w ogóle. 19 września obce wojska dotarły do Lebiedziewa. Wszystko niemal z dnia na dzień bardzo się zmieniło i to na gorsze. Po krótkim czasie nie za bardzo było co jeść i czym ogrzać dom. Ale nie to było najgorsze. Dorośli nie za bardzo chcieli o tym z dziećmi rozmawiać, ale byłam już za duża, aby się nie domyślać o co chodzi. Zaczęły się aresztowania i wywózki na Syberię. Pierwsza była na przełomie 1939/40 roku. Sowieci, mieli z góry ustalony plan działania. W pierwszej kolejności aresztowali funkcjonariuszy państwowych: wójtów, sekretarzy gmin, kierowników szkół, komendantów policji, sołtysów i gajowych. Dobrze pamiętam jak atmosfera strachu szybko stawała się wszechobecna, wręcz paraliżująca, bowiem następna wywózka mogła dotyczyć każdego, kto jeszcze pozostał.

Sowieci mieli swoistą metodę. Najpierw aresztowali tylko głowę rodziny, a matkę z dziećmi pozostawiali. Ale najczęściej zaraz po wyprowadzeniu z domu ojca wracali i dawali pozostałym, przerażonym członkom rodziny dwie godziny na spakowanie się i przygotowanie się do podróży. Pod eskortą enkawudzistów kazali zabierać to, co udało się spakować na podstawiony wóz. I tym wozem wieźli na stację kolejową, gdzie na bocznicy były podstawione wagony bydlęce „dostosowane” do przewożenia ludzi.

Były częste przypadki zabierania na wywózkę ludzi, którzy przypadkowo gościli u rodziny lub przyjaciół. To, że mieli inne nazwisko nie miało znaczenia. Chociaż ich nie było na liście, enkawudziści uważali, że jeśli są w domu u wywożonego czyli wroga ludu, to też są najpewniej wrogami ludu. Były przypadki, że zabierali dzieci bez rodziców, którzy z jakichś powodów akurat nie nocowali w tym czasie w domu. Doszło do tego, że wielu ludzi, na wszelki wypadek, suszyło suchary z chleba, starano się mieć wędzoną słoninę lub boczek oraz lniane worki do pakowania potrzebnych rzeczy. Sytuacja była prosta - nie było dokąd uciec. Można było tylko bezsilnie czekać co będzie dalej i cieszyć się, że tym razem to jeszcze nie my, ale ta radość to było tylko podświadome zabijanie strachu, który odbierał zadowolenie z czegokolwiek. Często pocztą „pantoflową” dochodziły słuchy, kiedy będą następne aresztowania. I niewiele z tego wynikało poza czekaniem i odruchem ulgi, że i tym razem, to nie my.

Z czasem wstępowała w nas nadzieja, że uda się jakoś przetrwać, bo minęło już tyle miesięcy i dalej mieszkaliśmy tam gdzie mieszkaliśmy. Może coś się zmieni w postępowaniu sowietów. Rozum mówił, że to złudzenie, a nadzieja, że jednak tak właśnie może być. Nadzieja... W nocy z 19 na 20 czerwca 1941 roku o godz. 3:00 przyszli do nas do domu enkawudziści. Przyprowadzili ze sobą dwóch świadków, miejscowych aktywistów. Jeden z nich był naszym sąsiadem, drugi zaś mieszkał nieco dalej, ale to byli mieszkańcy Lebiedziewa. Półtora roku obecności sowietów zrobiło swoje. Niektórzy już identyfikowali się z nowymi porządkami.

W tę feralną noc spałam bardzo mocno. Naraz zostałam mocno szarpnięta i wpółprzytomna usłyszałam nieznajomy głos, który w ostrych słowach kazał mi ubierać się szybko. Robiłam to trochę na zasadzie prostych odruchów, będąc jeszcze nie w pełni świadoma tego, co tak naprawdę wokół mnie się dzieje. Kiedy weszłam do salonu, przeraził mnie widok jaki zobaczyłam. Wszystko było powywracane i porozrzucane na podłodze w taki sposób, jakby robienie takiego bałaganu sprawiało komuś przyjemność. I coś w tym było. Straszenie było specjalnością tych panów. Na środku salonu, na krześle siedział mój tata. Nie wolno mu było ruszać się z tego krzesła. Prowadzono dokładną rewizję, a po jej zakończeniu odczytano wyrok na tatę. Zrozumiałam z niego tyle, że zabierają go do więzienia. Tata pożegnał się z nami. Do dzisiaj pamiętam ten jego uścisk. Dwóch żołnierzy z bagnetami wyprowadziło Go niczym jakiegoś złoczyńcę. Ja, widząc co się dzieje, nie wytrzymałam - zemdlałam.

Nam odczytano postanowienie, że przesiedlają nas do innego, jak to określono, sąsiedniego województwa. Tylko nikt nie powiedział, że to województwo znajdowało się 5000 km od naszego miasteczka. Niby wszystko zgodnie z procedurą. Pozory tego, że jest to zgodne z jakimś prawem... Kazano nam w ciągu dwóch godzin spakować potrzebne rzeczy.

Po moim omdleniu mojej mamie opadły ręce. Pogubiła się zupełnie. Brała do ręki jakąś rzecz, potrzymała i zostawiała. Ale Pan Bóg czuwał nad nami. Drugi świadek poszedł do spiżarni i zapakował do worków całą wędlinę oraz inne produkty jakie tam były. A w owych, mocno niepewnych czasach, prawie każda gospodyni w Lebiedziewie była przygotowana na najgorsze. Natomiast świadek-sąsiad mówił mamie głosem ni to trwogi ni to skrywanego zadowolenia: „Zosiu, nie wiem czy ci pozwolą to wszystko zabrać.” Ale enkawudzista, w mundurze, chodząc za mamą, spoglądał na różne rzeczy i po cichu, tak aby inni nie słyszeli, mówił do niej: „Proszę to brać, wszystko się Pani przyda”.

Było olbrzymie futro, uszyte specjalnie na dalekie wyjazdy zimą (ponieważ środkiem transportu były wtedy sanie, więc tym futrem mogło się okryć parę osób). Futro było ciężkie, ledwo zmieściło się w worku. Enkawudzista wręcz nalegał by mama je zabrała. Niewiele przesadzę mówiąc, że to futro uratowało nam życie w czasie wielkich mrozów, bo jak się rychło okazało, to inne województwo miało dość srogi klimat.

Natomiast nie pozwolono nam zabrać ani zdjęć, ani żadnych dokumentów, ani nawet szkolnych podręczników. Wyglądało to tak, jakby wszystko co się działo w naszym życiu do 19 czerwca 1941 roku, należało wymazać nam z pamięci.

Ja, jako trzynastoletnia dziewczynka, pomyślałam, że jeśli musimy przenieść się do sąsiedniego województwa, to może będziemy u stryja Pawła, który mieszka w Mołodecznie. To ostatnia stacja węzłowa przed granicą polsko-sowiecką. Tak prosto i optymistycznie wytłumaczyłam sobie samej odczytane, ledwie godzinę temu, rozporządzenie.

Wyprowadzili nas z rodzinnego domu. Nie miałam wówczas świadomości, że już nigdy do niego nie wrócimy. Wszystko to, co działo się teraz, wydawało mi się w jakimś sensie chwilowe, trochę jak zły, przerażający sen. Owszem jest ciężko, smutno, wszystkim rządzi strach, ale trzeba trochę wytrzymać, to niedługo minie i znów będę zasypiać w swoim pokoju, jak w zamku z bajki, w którym nic złego nie może mi się stać.

Na ulicy czekał rząd fur. Kazali nam siadać na pierwszą z nich, inne też szybko zaczęły się zapełniać. Był z nami enkawudzista, który nadzorował nas w domu. Mama podziękowała mu za życzliwość i powiedziała, że szkoda jego dobrego serca, aby trwać w takim zajęciu. On zaś cicho odpowiedział, że był wojskowym i dostał taki rozkaz i jak to w wojsku, o zdanie nikt nie pytał. A  on wiedział, że dobrze jest nie pytać się dlaczego ma być tak, a nie inaczej. Spokojnie dodał, że przynajmniej może pomagać biednym ludziom w ich nieszczęściu.

Kiedy wieźli nas ulicami Lebiedziewa zauważyłam dużo osób, zwłaszcza kobiet, stojących przed swoimi zagrodami, wszystkie tylko płakały, bały się machać ręką.

Przybyliśmy na stację kolejową w Mołodecznie, to 12 km od Lebiedziewa, na bocznicę gdzie stał pociąg z wagonami bydlęcymi. Przed każdym z wagonów kręciło się dużo ludzi. Teren wokół transportu był dość gęsto obstawiony żołnierzami (jak pamiętam, to stali tak co pięć kroków).

W wagonie, do którego kazano nam wchodzić, było już dużo osób. Wszyscy byli mieszkańcami Mołodeczna, których zabrano wcześniej tej nocy.

Wszystkie worki z rzeczami należało podpisać. Robiono to tuszem, a nawet czarną farbą, bowiem etykietki na kartonie mogły się oderwać i zagubić. Nadając bagaż do bagażowni, mama spotkała dobrego znajomego, pana Józefa, człowieka‑wesołka, który miał zwyczaj w rozmowie używać niecenzuralnych słów i to w pełnej gamie, potoczyście, ale z jedynym w swoim rodzaju wdziękiem, jakby dla podkreślenia wagi wyrażanych myśli, czy też stosunku emocjonalnego do wydarzeń, o których mówił. Jakoś tak to robił, że jego skomplikowane konstrukcje słowne traktowano wyłącznie jako koloryt wypowiedzi, nic ponad to. Zobaczył więc mamę i zwraca się do niej: „Zosiu, k..., (i tu skomplikowana konstrukcja, nazwijmy ją - gramatyczna) i Ciebie też zgarnęli?” Wypowiedział to takim tonem jakby właśnie z mamą zrobili komuś świetny kawał. Każdy, kto usłyszał takie powitanie, konał ze śmiechu. Niby drobiazg, ale przez chwilę było jak dawniej.  Można było oderwać się od ponurej atmosfery wyjazdu w nieznane. Przez chwilę...

Od tamtych wydarzeń minęło 75 lat. Wszystko wtedy przeżywałam tak silnie, że nawet teraz przypomniałam sobie wszystkie nazwiska współtowarzyszy niedoli, którzy jechali z nami w jednym wagonie. A było to siedemnaście rodzin. Łącznie 74 osoby.

Jak wspominałam były to bydlęce wagony „przystosowane” do przewożenia ludzi. A „przystosowanie” to polegało to umieszczeniu rzędów piętrowych, wysokich prycz, tak aby na dole wykorzystać jak najwięcej miejsca. Był jeszcze jeden przyziemny, a jakże ważny element, czyli „parasza”. Tak elegancko nazywano okrągłą dziurę wyciętą w podłodze wagonu po przeciwnej stronie drzwi. Zauważyłam nawet elementy luksusu, jak na te warunki, a był to parawanik z koców zawieszonych na drucie. Widocznie pierwsi przybysze pomyśleli o tym ważnym przybytku, a był on stale oblegany. Nie bez przyczyny. W wagonie było ponad 70 osób.

Byliśmy jednymi z ostatnich jakich doprowadzono do wagonu. Jeśli ktoś z dorosłych wchodził do środka zdarzało się, że padało pytanie „...a pan jakiej profesji...?” I jeśli odpowiedź się spodobała zapraszano do swojego grona. Często zachowywali się tak przedstawiciele inteligencji, traktujący, jak zwykle, nawet w takiej sytuacji, wszystkich nieco z góry. Już od chwili załadowania się do wagonu były animozje. Niestety przez całą podróż zdarzały kłótnie, swary i obrażanie się. Niestety na miejscu, czyli w Ałtajskim Kraju sytuacja ta jeszcze się pogorszyła. Trwało to do stycznia 1942 roku kiedy to ogłoszono wywiezionym Polakom amnestię i nastroje bardzo się poprawiły.

Wracając do początku podróży. Tak zwane „lepsze” miejsca były już zajęte. Ja z bratem spałam na górze. Na sąsiedniej pryczy spały dzieci naszej sąsiadki. Było ich troje. Osoby dorosłe i starsze spały na dole.

Noc z piątku na sobotę była bardzo ciężka. Trzeba się było przyzwyczaić do takich warunków, a ledwie kilka godzin wcześniej byłam w zupełnie innym świecie. W sobotę po południu za ogrodzeniem stało mnóstwo ludzi, czy to krewni, czy przyjaciele, którzy przyszli się pożegnać. Bardziej odważni przedzierali się przez kordon, aby zamienić choć kilka słów. Podawali gorącą zupę i różny prowiant. W każdym wagonie drzwi były zamknięte. Pozostawiano tylko szparę, na tyle dużą, że można było wyciągnąć rękę i zabrać podawane przez krewnych rzeczy. Żona stryja, Maria, przekazała nam gorącą zupę grzybową z łazankami. Do dziś dobrze pamiętam, jak mi wówczas smakowała. „tadek niejadek” opuścił mnie, nawet nie zauważyłam kiedy. Za płotem stała ciocia Mania, siostra mojej mamy. Wszyscy płakali. Mój wuj Aleksander (rodzony brat mamy), nie mogąc inaczej się pożegnać, pocałował mnie, trzynastolatkę, w rękę.

Nadzorujący transport kazali wybrać w każdym wagonie tzw. „starszego”, który miał odpowiadać za porządek. Dodatkowo wyznaczono po kilka osób do noszenia wody do picia. Taką grupkę na postojach pod konwojem prowadzili po wodę. Trzeba ją było bardzo oszczędzać.

do góry

Prawosławna Parafia Św. Jana Klimaka na Woli w Warszawie

Created by SkyGroup.pl