Nabożeństwa

Święta Liturgia

Poniedziałek - Sobota - 9.00 Boska Liturgia
 
 
Niedziela  7:00,  8:30,  10:00  

Modlitwa za dusze zmarłych

Pon. - Sob.  9:00

Akatyst

Środ.  17:00


Karty z dziejów sierocińca przy parafii św. Jana Klimaka w Warszawie

29.07.2021

Osierocone dzieci żyły na Woli spokojne i pod dobrą opieką aż do dramatycznych wydarzeń Powstania Warszawskiego. To tragedia, o której jesteśmy zobowiązani pamiętać!

Około 1935 roku, w  jednym z budynków parafialnych zorganizowano przytułek dla osieroconych dzieci. Zachowało się niewiele źródeł na ten temat. Plebania wraz z archiwami i księgami metrykalnymi zostały spalone podczas Powstania Warszawskiego. Wiadomo jednak, że sierociniec był współfinansowany przez Prawosławne Metropolitalne Towarzystwo Dobroczynności. Dom utrzymywany był także z kolekt organizowanych w warszawskich cerkwiach i z ofiar indywidualnych. Roczne utrzymanie sierocińca wynosiło ok. 13 tys. zł. Odpowiedzialnym za jego prowadzenie i kapelanem był proboszcz parafii ks. Jan Kowalenko. Obowiązki dyrektora sierocińca pełniła A.F. Ruszkowska, a jej pomocnicami były: siostra zakonna Nonna (Leparska) a następnie A.N. Oceszko. Na początku działalności dawał on schronienie około pięćdziesięciorgu dzieciom, a przed tragicznymi wydarzeniami w sierpniu 1944 roku było już ich ponad 140. Część dzieci była w wieku przedszkolnym, pozostałe uczyły się w szkole podstawowej i gimnazjum. Organizowano im kolonie letnie, pielgrzymki, choinki. Ks. Jan Kowalenko pełnił funkcję proboszcza parafii wolskiej do lipca 1939 roku. Po jego przeniesieniu na stanowisko proboszcza parafii katedralnej na warszawskiej Pradze następcą proboszcza został o.  archimandryta Teofan Protasiewicz. Pozostał na tym stanowisku aż do tragicznej śmierci w 1944 roku. Za czasów probostwa archimandryty Teofana, kler parafialny stanowili: ks. Prot Antoni Kaliszewicz, ks. Mikołaj Lenczewski (senior), ks. Mikołaj Kasznikow – psalmista, wychowawca i nauczyciel w sierocińcu, diakon Korneliusz Klimiuk.

Ks. archimandryta kontynuował przedsięwzięcia swego poprzednika tak w działalności i życiu parafii jak i sierocińca. Budynek cerkwi nie był w stanie w trakcie nabożeństw pomieścić wszystkich wiernych, a parafia szczyciła się znakomitym chórem. Archimandryta był wykształconym człowiekiem, ukończył Akademię Duchowną, cieszył się sławą świetnego kaznodziei i organizatora. Świadkowie wydarzeń wojennych potwierdzają, że duchowieństwo parafii wydawało świadectwa chrztu Żydom, oraz że znajdowali oni schronienie na terenie parafii i cmentarza (są usytuowane niedaleko ówczesnych granic getta). W sierocińcu oprócz prawosławnych, były dzieci innych wyznań, w tym żydowskie. Uwiarygadniają to zapiski kronikarza getta warszawskiego, Emanuela Ringelbluma, który odnotowuje: Autentyczne świadectwa chrztu aż po trzecie pokolenie […] prawosławni wyrabiają [Żydom]. (Emanuel Ringelblum, Kronika getta warszawskiego, s. 56, 78).

Wiele wskazuje na to, że było to jedną z przyczyn tragedii jaka wydarzyła się na początku Powstania Warszawskiego. Na teren parafii przybyli Niemcy oraz ich kolaboranci z SS Galicja oraz odział znanego z sadyzmu zbrodniarza wojennego Oskara Dirlewangera. Kilka dni wcześniej Ojciec Teofan otrzymał nominację na biskupa pomocniczego warszawskiego. Nie doczekał jednak swej chirotonii.

5 sierpnia 1944 roku, podczas rzezi Woli, zamordowano bestialsko ponad 140 dzieci, personel sierocińca wraz z proboszczem, całym klerem i mieszkańcami domu parafialnego. Nie oszczędzono również chórzystów, wiernych parafii oraz okolicznych mieszkańców, którzy ukrywali się w podziemiach cerkwi i w domu parafialnym. Z tragedii ocalał ks. Mikołaj Lenczewski (senior), wraz ze swoim czteroletnim wówczas synem Mikołajem – późniejszym proboszczem naszej parafii w latach 2008-2017. Ocalały też dwie dziewczynki z sierocińca, Lidia i Tatiana, które ukryły się w kartoflisku, a potem schowały w jednym z grobowców.

RELACJE

– Wspomina Mathi Schenk, Belg wcielony do armii niemieckiej: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w  holu i  na schodach. Dużo dzieci. Rączki w  górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i  rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po schodach». 

– Wspomina Marysia Cyrańska, ocalała mieszkanka Woli: „Kazano nam wyjść (z dolnej cerkwi) na ul. Wolską. Tu zobaczyłam na szynach tramwajowych rozstawione karabiny maszynowe. Podprowadzono nas do rowu obok parkanu cerkwi. Kazano nam wejść do rowu, po czym padła salwa... Strzelali z karabinu maszynowego oraz broni ręcznej. Gdy wszyscy upadli strzelanina ustała. Upadłam będąc ranną w lewe ramię. Oprócz tego odłamek ranił mnie w skroń i policzek. Leżąc zauważyłam, że człowiek nieznanego nazwiska poruszył się, wtedy Niemcy dobili go. Po sprawdzeniu, iż wszyscy nie żyją, Niemcy odjechali. Wówczas wstałam i zaczęłam wołać... Nikt nie odpowiadał. Wówczas poszłam przez Cmentarz Prawosławny do domu na ul. Elekcyjną 15. (http://www. sppw1944.org/index.html?http:// www.sppw1944.org/powstanie/ wola_rzez.html) – Wspomnia Wiesła – Wspomnia Wiesław Kępiński, ocalały mieszkaniec Woli, którego rodziców i rodzeństwo zamordowano obok Cerkwi (w wywiadzie z Małgorzatą Rafalską-Dubek): Do cerkwi uciekliście sami? Nie tylko. Byli inni ludzie, z naszej kamienicy i z Elekcyjnej. Ojciec był pracownikiem cmentarza, musiał mieć klucze do kłódki, [od] bocznego wejścia z tyłu [cerkwi]. Trzeba było zejść po schodach do piwnicy.  Jak długo siedzieliście w cerkwi? Powiedzmy, że od 2 sierpnia, góra dwa dni i dwie noce do 5 sierpnia. Co pan widział? Właśnie widziałem jak nas... Nawet wychodzenie po wysokich schodach z cerkwi dolnej, ojciec szedł pierwszy, [dalej] reszta ludzi. Potem do ulicy, do bramy głównej i tam w trakcie marszu, jeszcze pamiętam, dokładnie pamiętam, tego Niemca (czy to Niemiec [czy nie], ale w każdym razie uzbrojony, umundurowany), którego za rękaw szarpałem, [może] delikatnie, żeby w mordę nie dostać, i mówiłem do niego po polsku, żeby nas nie zabijał. Mówiłem zresztą jak do ściany – co on mógł zrobić –albo nie rozumiał, to znaczy na pewno [domyślał się], o co mi chodzi. To tylko tyle. Potem moment wprowadzania nas do tego rowu. Trzeba sobie technicznie wyobrazić, jak to wygląda, że ci pierwsi idą dalej tym rowem, żeby zostawić miejsce dla tych, [którzy] wejdą za chwilę [do niego], żeby wszyscy się zmieścili. Ile to może być metrów? Na przykład z wyjścia z cerkwi do tego miejsca straceń obliczyłem, że jest około stu kroków. W ciągu tych stu kroków wszystko zaczyna się rozgrywać... (https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/wieslaw-kepinski,2522.html).

Lestwica 4 (13) lipiec 2021 r.

do góry

Prawosławna Parafia Św. Jana Klimaka na Woli w Warszawie

Created by SkyGroup.pl